Na stronie internetowej hodowli kotów brytyjskich ukazał się fajny artykuł o życiu hodowców kotów, ich dylematów i problemów. Poniżej cały tekst ze strony https://znad-morza.pl/. Zapraszamy do lektury.

Cóż życie hodowcy nie jest usłane pachnącymi kwiatkami. Czy zastanawialiście się kiedyś odbierając swojego kociaka, małą,śliczną, puchatą, pachnącą kulkę ile pracy wkłada przeciętny hodowca w swoją hodowlę?
I nie, nie będzie to artykuł o kosztach w sensie finansowym.
Doświadczenie mówi, że nakłady pracy rosną wprost proporcjonalnie do ilości posiadanych kotów pod warunkiem, że koty te są dorosłe. Gdy pojawi się miot ( a czasami bywa, że dwa jednocześnie), to nakłady pracy rosną w postępie logarytmicznym wraz z ilością i wiekiem maluchów. W 12-14-ym tygodniu życia maluchów następuje punkt kulminacyjny ponoszonych strat w postaci pobitych kubków, doniczek, pogryzionych kabli, sznurówek, wykończonych zabawkowych myszek, dywaników nadających się już tylko do wymiany, po czym wszystko wraca do nazwijmy to normy.
Jak wygląda przeciętny dzień przeciętnego hodowcy, czyli mój? 5:20 dzwoni budzik, bezlitośnie oznajmia mi, że czas wstawać. Drzwi od sypialni są zamykane na noc, w przeciwnym razie musielibyśmy spać na podłodze, bo łózko nie pomieści całego stadka(a pchają się wszystkie). Za drzwiami słychać wyraźne zniecierpliwienie. Słyszę jak koty rozmawiają:
-I co wstali już?
-Nie? No jak to nie, zajrzyj przez wywietrznik, może jednak.
Przez dolny wywietrznik w drzwiach przekrada się kocia łapka. Uparcie drapie w drzwi. Rozlega się pomiaukiwanie. Oho, pobiły się o to który teraz zagląda przez dziurkę.
Wstaję, zapalam światło. Nie, nie zapalam, nie ma prądu. Hmmm. otwieram drzwi, w półmroku widzę bandę patrzących na mnie z wyrzutem bursztynowych oczu. Hurtem prowadzą mnie po schodach na dół. W zasadzie to niemal zjeżdżam na ich grzbietach. Zaglądam do szafki z bezpiecznikami-wywaliło. Włączam bezpiecznik zapalam światła. W powietrzy coś czuć. Kuwety? To na pewno ale jeszcze jakiś dziwny zapach palonego kabla.
Koty ocierają się o nogi, wszystkie, małe też. Tak, wiem, miski puste.
Ale ponieważ nic w przyrodzie nie ginie, to co było w miskach znajduje się teraz w kuwetach o czym świadczy poranna atmosfera domowa ;) pomijając zapach spalenizny.
Postanawiam, przed pójściem do pracy dam im jeść a kuwetowe niespodzianki pozostawię małżonkowi (hahaha). Sypię suchą karmę do miseczek. I znowu to wymowne bursztynowe spojrzenie:
-Ale jak to? Sucha?
Zapomniałam, Małżonek wprowadził rytuał: rano surowa wołowina.
Uciekam do pracy, jeszcze tylko szybko wymiziam maluchy. Mąż do pracy idzie dużo później, niech ogarnia ten kocioł.
Praca, spokój za biurkiem.
Dzwoni mąż:
-Co tak śmierdzi spalenizną?
-No nie wiem, chyba jakieś zwarcie było, bezpieczniki wywaliło ale nic nie znalazłam podejrzanego.
Mijają dwie godziny, telefon od męża:
-Ogarnąłem sajgon, kończy się żwirek i znalazłem źródło smrodu
-???
-Pompon nalał do gniazdka przedłużacza pod napięciem
-!!!???
-No po prostu trafił idealnie w samo gniazdko. Cud, że mu nie popieściło, bo cienko by miauczał.

Kolejny telefon, dzwoni córka ze szkoły:
-Mamo, zrób coś, wszystkie książki, cały plecak i zeszyty mam zalane przez Pompona!! Wszystko śmierdzi.
-I bardzo dobrze, w końcu zrobisz porządek w pokoju.

Wracam do domu, po drodze zakupy, świeża wołowinka dla kotków, sobie kupię mielone :)
Otwieram drzwi, podnosi mi się ciśnienie. Wszystko wskazuje na spychologiczną metodykę sprzątania kuwet. W przedpokoju czuję, ze w coś wdepnęłam, aha któreś się przejadło po czym na wpół przetrawione zwróciło na podłogę. Maluchy ochoczo sprawdzają co tam jest, może nawet coś smacznego. Sprzątam, odkurzam, myję podłogę. Sięgam do środka ostatecznego czyli do domestosa. Jeszcze tylko kojec z najmniejszymi maluchami. Jeden dostał biegunki, reszta tylko wdepnęła w placek. Cała piątka pod prysznic. Powracam do sprzątania kojca. Starsze maluchy hurtem dostały stanu zapalnego oczek, bo jak coś się dzieje to u wszystkich naraz. Zakrapiam oczy środkiem przepisanym u weta. Niby grzeczne i łagodne jednak w samoobronie przed kroplami potrafią dotkliwie podrapać. Idę za ciosem, robimy dzień cięcia pazurków. Hurtem oczywiście. Minęły trzy godziny. Mąż wraca z pracy.

-Co na obiad?
-Jakbyś sprzątnął rano kuwety, to by był.
-Sprzątałem

Sprzątał, wierzę. Właśnie koty odkryły czyste kuwety..........
Mąż zmienia obuwie, leci stek niecenzuralnych słów
Pompon nalał na klapki. Ma fazę na lanie, wiosna idzie. Nie da rady, skończyła się dobroć, wraca do woliery. Albo nie, damy mu jeszcze trochę z nami pobyć. Zakładamy pampersa. Nie jest zachwycony ale nie przeszkadza mu to w laniu na monitor otwartego laptopa. Odwraca się, wącha, konsternacja......
Wychodzimy do wolier gdzie mieszkają z wiadomych wcześniej opisanych względów dwa pozostałe kocury. Przestrzeń oddziela płyta poliwęglanowa, przez którą namiętnie wąchają sobie to co mają pod ogonami. Wygląda to komicznie. Tu jest ostoja spokoju. Siedzimy z nimi przez chwilę, jutro wychodne na salony ma kolejny z nich (w pampersie zaznaczam).
Jeszcze tylko jedno sprzątanie, na obiad nie będzie mielonego, będzie gotowizna z Biedronki. Nie mam siły. A to tylko jeden ze zwyczajniejszych dni.